Niema Obcość w “Solaris” Stanisława Lema. Esej Kamili Chmary

grafika nawiązująca do okładki solaris Stanisława lema, granatowe tło, obrys planety, człowiek zwrócony tyłem do odbiorcy

Na ostatnim Wieczorku z książką uczestnicy mieli okazję sięgnąć do Solaris Stanisława Lema, jednej z najwybitniejszych książek science fiction w Polsce (a nawet i na świecie). Zainspirowana ponowną lekturą bibliotekarka Kamila Chmara napisała esej zbierający jej tropy interpretacyjne. Jeżeli ktoś z naszych czytelników chciałby skonfrontować swoje wrażenia lub sposób odczytania książki z jej wrażeniami, zapraszamy do lektury eseju!

Lem skonstruował “Solaris” w taki sposób, by czytane na wielu płaszczyznach dotykało rozmaitych kwestii – od konfrontowania się z tym, co niechętnie obnażone, przez namysł nad celowością podróży międzygwiezdnych aż po refleksję na temat kondycji współczesnej nauki – ale każda z nich daje się sprowadzić do wspólnego mianownika. I jest nim umiejętność spojrzenia na siebie, i świat, w który zostaliśmy wpisani, z odpowiednią dla tego stanu pokorą. Czy innymi słowy – by nie odbiegać zbyt daleko od akceptowanego przez Stanisława Lema słownika – każda z konkluzji Solaris, do której udało mi się dotrzeć, odwołuje się do jednoczesnego zaakceptowania i porzucenia antropocentryczności.

Lem zdaje się mówić: Tak, jesteśmy tylko ludźmi, którzy próbując uciec od siebie samych wyruszają na romantyzowaną od wieków podróż w poszukiwaniu nabrzmiałego metafizyką sensu. Jesteśmy tylko ludźmi, którzy przemierzają setki jednostek astronomicznych, by odkryć ciekawostkę poznawczą i opowiedzieć się przy którymś ze ściśle określonych stanowisk.

Ale Lem mówi również, że każda z tych dróg prowadzi nas wciąż i wciąż wyłącznie do siebie. Nigdy dalej. Dlatego właśnie wypada nam zgodzić się z przymusem radykalnego człowieczeństwa i, co niemniej ważne, z wynikającym z niego radykalnym osamotnieniem. Paradoksalnie jednak, akceptacja takiego stanu równoznaczna jest z wyswobodzeniem się z jego pęt. A to z kolei wydaje się jedynym sposobem, by rozgrywająca się na Solaris próba kontaktu mogła zaprowadzić nas (Kelvina i czytających) do przeżycia antycznego katharsis. Tylko tak – akceptując siebie wraz z całym dobrodziejstwem i przekleństwem inwentarza, będziemy w stanie nawiązać realny kontakt z Innym/Inną. Będzie to jednak kontakt niepełny, ograniczony szacunkiem do granic tego istnienia, z którym wchodzimy w relację.

“Solaris” mówi nam o kontakcie coś jeszcze. Sugeruje, że być może dopiero w obliczu dogłębnego wstrząsu będziemy w stanie porozumieć się sami ze sobą. Nawet jeśli będzie to proces długotrwały i bolesny.

To z kolei prowadzi nas do wniosku, że Lem, jeśli przyjrzeć się “Solaris”, nie tyle eksploruje odległą planety, ile raczej ludzką psychikę. Szuka potencjalnych zachowań, które uwiarygodniłyby stworzoną przez siebie narrację i nadały jej ciężkości, zawieszając ją gdzieś pomiędzy problemami, które dopiero majaczą na horyzoncie, a tymi, które istnieć będą dopóty, dopóki istnieć będzie ludzka świadomość.

Zauważmy, że ani Kelvin, ani Sartorius, ani Snaut nie zostali okradzeni ze swojej inteligencji, by uatrakcyjnić fabułę. Co więcej – Lem nie lokalizuje swojej historii w momencie najbardziej potencjalnym, tj. podczas pierwszej styczności z Innym. Wręcz przeciwnie, pisarz, za nic mając płynność prowadzenia narracji, serwuje nam całe ustępy dokumentacji naukowej, która, jak się zdaje, skonfrontowała się już z każdą z solarysjkich ewentualności i przebadała ją do cna. Czy właśnie dlatego Kelvin para się psychologią? Czy to ten aspekt istnienia, a właściwie aspekt styku pomiędzy istnieniami jest ogniwem spajającym i sensotwórczym?

Największą siłą Solaris nie jest wcale trzymająca w napięciu fabuła. Nie jest nią również koncept kosmicznego życia/nie-życia, ani też duszna, pełna odblasków i przejaskrawień atmosfera, której opisu nie powstydziłby się sam Bolesław Leśmian (którego Lem był oddanym fanem). To, co wciąż przyciąga mnie do “Solaris” jest tym, czego w tej historii zabrakło. A są to odpowiedzi.

Lem sugeruje bowiem, że człowiek nie potrafi obejść się bez hipotez. Świadomie czy nie, otacza się pewnymi założeniami, które dyktują mu określone zachowania. Tak było w przypadku pierwszych, konkwistadorskich wypraw badawczych na Solaris, tak było również w przypadku Kelvina, a wcześniej Gibariana, tak jest w każdej rozmowie, w której postaci próbują dotrzeć do sedna tytułowego, kosmicznego bytu.

Szczególnie Solaryści – ci Kolumbowie, Cortezowie i Pizzarowie przyszłości nie potrafią przyjąć Inności, a tym bardziej dostrzec, że każdy akt kontaktu, który performują, diametralnie wpływa na tę Inność, nieodwracalnie zmieniając jej istotę. Zew zdobywcy, który kryje się w ekspertyzach i domniemaniach badaczy, nie prowokuje jednak pytań, a raczej skutecznie je tłumi.

Naturalna reakcja (czyli stawianie hipotez) zamienia się więc we frustrację tak szybko, jak szybko okazuje się, że każde z tych założeń zmierza dokładnie w tym samym kierunku – donikąd. Możemy oczywiście, jako czytelnicy i czytelniczki, przychylić się do jednej z wersji. Założyć, że Ocean faktycznie jest niedoskonałym Bogiem (czy może “bogiem”) lub też przerośniętą poza granice wyobraźni komórką, która pławi się w świetle dwóch solaryjskich słońc nie zdając sobie sprawy z ich istnienia. Jednak stworzona przez Lema Obcość nie pozwala na skonfrontowanie tych hipotez z rzeczywistością, pozostawiając nas w chmurze informacyjnego szumu.

Zamiast tego “Solaris” stawia przed nami szereg pytań, a każde z nich jest bardziej monumentalne od poprzedniego. Przy czym nie jest to lektura, która połechce wyłącznie naszą potrzebę nowych wyzwań intelektualnych. Myślenie o “Solaris”, czy właściwie – bycie na Solaris, utwierdza mnie w przekonaniu, że Lem nie byłby w stanie porzucić fabularyzacji (niekoniecznie fikcji) na rzecz esejów czy rozpraw naukowych. Żadna z tych form nie mogłaby przecież pęcznieć, nabrzmiewać, skrzyć się, błękitnieć i odczerwieniać, tak, jak robiły to solaryjskie słońca.

Obie te gwiazdy, zajmując w fabule “Solaris” znaczące miejsce stają się metaforą kosmicznej, pozbawionej świadomości siły, która zmusza nas (tym razem mam tu na myśli nie tylko Kelvina, czytelników i czytelniczki, a nawet samego Lema, ale całość pozostałej materii) do działania względem niej, a więc z konieczności także do jej respektowania.

 Jeśli przyjrzymy się scenom z ich udziałem bliżej, zauważymy, w jak prosty sposób przypominają one wszystkim mieszkańcom stacji o ich ograniczeniach – wymuszają protezy, czy to w postaci okularów, czy okien, które na moment odcinają wszystkich od świata zewnętrznego, ale również to zanurzają w ciemności, to oślepiają jasnością, tylko po to, by za moment zunifikować całą widzialną przestrzeń, nasycając ją jednym z kolorów.

Wiele już hipotez ukuto i wiele słów wypowiedziano w kontekście Lema fabularyzatora, ale zdaje mi się, że już samo “Solaris” jest jedną z najlepszych odpowiedzi na to, dlaczego stawianie nagich, bezpośrednich pytań nie musi być najoptymalniejszym i najpełniejszym rozwiązaniem. Szczególnie gdy próbuje się przekazać pewne myśli, nie uciekając się przy tym do prostych rozwiązań i półśrodków.

Kamila Chmara,

Sopoteka, Biblioteka Sopocka

Skip to content