Ukochane równanie profesora
Nigdy nie potrafiłam myśleć o matematyce jak o czymś przyjemnym, a co dopiero jak o czymś, co mogłoby zbliżać do siebie ludzi. Brzmi abstrakcyjnie, ale z takim właśnie postrzeganiem Królowej Nauk spotkałam się w “Ukochanym równaniu Profesora” autorstwa Yōko Ogawy.
Książka napisana jest z perspektywy gosposi, która ma zajmować się zarówno domem Profesora, jak i nim samym. Praca ta różni się od pozostałych, gdyż pamięć Profesora sięga niecałą godzinę wstecz, przez co bohaterka musi codziennie przedstawiać mu się na nowo: wyjaśniać, kim jest, co tu robi i codziennie odpowiadać na te same pytania. Pomimo tej, zdawałoby się, przeszkody nie do pokonania pomiędzy bohaterką, jej synem (pieszczotliwie nazwanym Pierwiastkiem) i Profesorem powstaje więź, której żadne z nich się nie spodziewało. Więź, która dała ich trójce namiastkę rodziny.
Obawiałam się, że istotny w książce wątek matematyki mnie przytłoczy. I chociaż rzeczywiście struchlałam na widok wzorów, które czasami przewijały się na kartach powieści, chociaż nie rozumiałam ani jednego słowa z wyjaśnień poszczególnych równań i nie podzielam zachwytów Profesora nad liczbami, to jednak w pewien sposób go rozumiałam. Dla Profesora liczby są tym, czym dla mnie są słowa: są jak gwiazdy, każda wyjątkowa, każda lśni na swój własny odmienny sposób. Ten zachwyt nad czymś z pozoru „nieprzydatnym”, a dla niego tak ważnym i wyjątkowym, był mi na tyle bliski, że choć dotyczył on sfery dalekiej od moich zainteresowań, potrafiłam go zrozumieć i z nim empatyzować.
Postać Profesora bardzo mnie poruszyła. Niezłomność, z jaką przyklejał kolejne kartki do marynarki, prowadząc przegraną walkę ze swoją pamięcią, zafascynowanie baseballem, radość z możliwości wytłumaczenia komuś jakiegoś równania czy opowiedzenia ciekawostki liczbowej – to wszystko roztaczało wokół jego postaci aurę dobroduszności i ciepła. Pomimo ogromnej wiedzy matematycznej, Profesor nikogo nie traktuje z góry. Zamiast tego cierpliwie stara się pokazać innym to, co sam widzi w równaniach i zachęcić do własnych poszukiwań. Bo właśnie to dla niego jest najpiękniejsze w całej matematyce – poszukiwanie, traktowanie słów „nie wiem” nie jako przeszkody, a jako drogowskazu, punktu wyjścia, z którego rozpoczyna się wędrówka w niezbadane strony.
Pomimo jego ciągłego zapominania o najbliższych, ta książka jest pełna ciepła. Pokazuje jak wiele cierpliwości wymaga czasem miłość i przywiązanie, jak ważne jest zrozumienie i empatia, a piękno kryje się czasem w najmniej oczywistych dla nas rzeczach.
– Wiktoria z Sopoteki
Pozostałe recenzje znajdziesz TUTAJ.